poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Mocny tekst

Wczoraj udało mi się napisać pewien tekst. Chciałem się nim z Wami podzielić. Uwaga: jest to dość mocny kawałek i niektórym osobom może się on nie spodobać, co by mnie nie zdziwiło. Nie wiem, co zrobię z tym tekstem, czy go tak zostawięzy też się on jakoś rozwinie. Oto ten tekst:

Leżeli obok siebie, wtulając się w swoje własne sny. Zostało im tylko tyle albo aż tyle. Ich sny płonęły, dając im ciepło, które było iluzją. Ale cieszyła ich ta iluzja. To była jedyna pociecha. Nic innego nie istniało, nawet oni sami. Zostały tylko sny, w których oni płonęli. Stawali się ogniem. Płonęli dla nicości, dla swoich snów, dla swoich wyobrażeń, nie wiedząc o tym. To już nie miłość płonęła. Ona już nie istniała między nimi. Skończyła się. Został po niej popiół, z którego żaden feniks się nie odrodzi. Zostały im sny i wspólna samotność, i wspomnienie przeszłości; mglistej przeszłości zniekształconej przez ich własne wyobrażenia. Ich świadomość została przenicowana. Kolejne chwile powoli ich zabijały. Czas działał na ich niekorzyść. Dotykali się nawzajem, ale już nie czuli tego dotyku. Ich zmysły się wypaliły. To już nie było to. I już nigdy miało nie być. Dotykali swojej nicości, swojego nieistnienia. Ich rzeczywistość się rozpadała. Rozkładała się jak trup, wydzielając smród swojej absurdalności. Nie czuli jej zapachu. Już niczego nie czuli. Byli jakby martwi, „żyli” w niby wieczności, zadowalając się tą żałosną parodią. Chłonęli ją w całości, nie wiedząc, że to ich własna zguba, że to brama rozpaczy, którą z radością przekraczają. Byli ćpunami nicości. Sztachali się nią codziennie. Każda ich czynność była jej poświęcona. Nie wiedzieli o tym, myśleli, że żyją pełnią życia, że obcują z totalną świętością, a obcowali z pustką. Pieprzyli się z nią codziennie, doznając gówno wartych orgazmów, podniecając się byle czym. Byli wyruchani przez nią na wszelkie możliwe sposoby jak tania dziwka. Ich dusze cuchnęły, były przepaścią. A miało być tak pięknie. Miało być cudownie. Miała być miłość, miało być „na zawsze”, „wiecznie” i inne wielkie słowa i chwile. To miało być święte, wspaniałe i z fajerwerkami, miało wejść do kolejnego żywota świętych, przed ołtarzem, przed Bogiem, Kościołem (wszystko pisane z wielkiej litery). Ale to były puste sny, z których nie mieli zamiar się obudzić. Nigdy. Chciałbym krzyknąć do pary tych skurwieli, żeby się obudzili, żeby ich sny i nicość się rozpadły. Żeby zobaczyli, co stracili. Ale oni, kurwa, dalej tulą się w swoje sny, dalej płoną beznadziejnym ogniem, dalej ogłusza ich dźwięk pustki, dalej się podniecają swoją nicości, dalej się nią masturbują. I dalej się nią spuszczają. Opary nicości. Błąd w miłości, błąd w sztuce. Nicość, która istnieje, która zajęła miejsce, które jej się nie należy. Beznadziejność sytuacji. Totalna bezpłodność. Rozpacz bez końca. Wszelkie możliwe inwektywy. Szalony świat o pociętej jak Joker twarzy, żeby było widać, że się uśmiecha. Tylko tak można na nim wymusić uśmiech. Pociąć go, zmusić go do czegoś. Zemścić się na nim za to, co zrobił. Za to jaki jest. A potem kij mu w oko.

2 komentarze:

Labryska pisze...

Myślę, że każdą rutynę w związku da się jakoś przezwyciężyć. Ale wiadomo, że ten pierwszy początkowy "szał" z czasem ustępuje miejsca codzienności. I nie ma w tym nic złego, o ile w tej codzienności nadal umiemy odnaleźć coś niezwykłego :)

s.v. pisze...

Wydaje mi się, że to całkiem naturalna kolej rzeczy... Sztuką życia jest chyba to, żeby nie postawić kropki po "kij mu w oko".

Gay World