niedziela, 30 maja 2010

Koncert, książki i film

Kolejny dzień, w którym powiedziałem za dużo na temat swojej rzekomej beznadziejności. Kolejny koncert użalania się nad sobą, którego nie da się wytrzymać. Jazgot goni jazgot. Nie wytrzymują tego moi znajomi, co mnie wcale nie dziwi, bo sam bym tego nie wytrzymał na ch miejscu. Nie wiem, skąd te wszystkie wahania nastroju, skąd tyle dołowania się, chociaż nie ma po temu żadnych powodów. Nie umiem z tym wszystkim walczyć. Po prostu uznaję to za naturalny porządek rzeczy, który trzeba przetrzymać. Czuję, że tracę przez to kolejną cenną znajomość i nie umiem tego zatrzymać. Jestem beznadziejnie głupi w tej mojej postawie. Znajomy miał rację, pisząc mi to na GG. Zamiast wziąć się za siebie, to ja wiecznie biadolę. Chciałbym z tym skończyć, ale wiem, że zaraz  przyjdzie kolejny dół i wszystko szlag trafi.

Koniec tego biadolenia. Wczoraj kupiłem sobie trzy książki:

1. “Śniadanie u Tiffany’ego” Trumana Capote,

2. “Samotny mężczyzna” Christophera Isherwooda,

3.  “Erynie” Marka Krajewskiego.

W końcu przeczytałem “Śniadanie…”. I muszę swierdzić, że to jedna z nalepszych nowel, jakie czytałem. Napisana jest ona tak, że się ją szybko czyta, a poza tym styl tej noweli jest nienaganny.

Wczoraj byłem także w kinie na “Robin Hoodzie” Ridleya Scotta. Film mocno przeciętny, tak jak się spodziewałem. Scott po raz kolejny stosuje trick przekładania współczesnych zjawisk na "język" epoki, w której rozgrywa się akcja filmu. Mamy więc: rapujących wieśniaków, "lądowanie w Normandii" (brakowało tylko jakichś średniowiecznych spadochronów), coś na zasadzie komory gazowej, osobliwe seksualne skojarzenia, rodzaj psychoanalizy w scenie opowieści Waltera (kiedy Walter każe Robinowi zamknąć oczy), etc. Można jeszcze to mnożyć. Te klisze stają się irytujące a nie urokliwe. Poza tym w niektórych momentach miałem wrażenie, że Scott popełnia autoplagiat "Gladiatora". Nie jestem zadowolony z seansu.

Oki, czas na ładnych panów.

6a00d83451cc7469e20133edb6b63e970b-800wi

5 komentarze:

Anonimowy pisze...

Wiesz kiedys myslalem ze tez bede potrafil przestac tak od teraz i probowalem az wkoncu zrozumialem ze tak sie da ale nie samemu trzeba kogos miec obok kto bedzie wspieral tylze ja w zyciu mam pecha a co do ksiazki "sniadanie ..." sam czytalem i mi osobiscie sie bardzo podoba:) wiec milego czytania...
Nietoperz

P. pisze...

witaj.
czytam Cię od bardzo dawna, postanowiłem coś napisać (dawno temu już jakiś wpis komentowałem).
pierwszy akapit mógłbym zamieścić na własnym blogu. jakbyś pisał moje słowa. mam ostatnio to samo. tak samo się czuję.
też czytam "śniadanie...";)
filmu RS nie oglądałem, jednak bardzo lubię Jego kino, więc nie wiem czy miałbym takie same wrażenia jak Ty.
pozdrawiam serdecznie, więcej pogody ducha, P.

niejestlatwo pisze...

Aleś mnie przestraszył.... wczoraj wieczorem i jeszcze dziś rano było napisane, że Twój blog został usunięty...
Nie wiem, czy go zblokowałeś na chwilę, czy blogger miał problemy techniczne, ale... nigdy już tak nie rób! :P

Pozdrawiam serdecznie i mobilizuję do pisania :)

Ludzik79 pisze...

Coś się musiało stać, bo rano nie miałem dostępu do konta pocztowego, musiałem go aktywować i zmieniać hasło. Ktoś chyba musiał się na nie włamać albo coś innego. W każdym bądź razie to nie było z mojej winy. Pozdrawiam serdecznie.

Labryska pisze...

Jeśli chodzi o Samotnego Mężczyznę i Śniadanie u Tiffany'ego to oglądałam ekranizacje, podobały mi się. Zwłaszcza, że w drugim filmie gra moja ulubiona aktorka tamtych czasów - Audrey Hepburn :)
P.S. Mnie też wczoraj Twój blog pojawił się jako usunięty :P

Gay World