Jakiś czas temu zakupiłem najnowszą książkę Michała Witkowskiego o wdzięcznym (lub też jak kto woli: “dźwięcznym”) tytule: “Margot”. Nie będę streszczał samej fabuły, bo takie coś można znaleźć w sieci, a nie chce mi się pisać ciągle jednego i tego samego.
“Margot” to dziwna książka. Nie wiem, czy tak do końca można ją nazwać powieścią, bo tak na dobrą sprawę składa się ona z jakby pospiesznie napisanych epizodów. Tak jakby sama historia nie miała aż takiego znaczenia. Wydaje się, że ważniejszym elementem jest tu forma. Książka jest w głównej mierze napisana językiem mówionym. Typowe dla Witkowskiego zabawy językowe przeplatają się z zabawnymi dialogami. Autor ma lekkie pióro, potrafi pisać tak, że jego teksty czyta się bardzo szybko. Niektórych mogą razić dość dosadne i wulgarne opisy niektórych sytuacji, ale mnie to nie przeraziło, ponieważ już wcześniej czytałem jego “Lubiewo”.
Postawienie na formę – prócz pewnych zalet – jest również wadą książki. Książka wydaje się być o niczym. Jednak to, co jest bardzo cenne w “Margot” to opis środowiska przemysłu rozrywkowego. Witkowski, będąc obyty w tych kręgach świetnie potrafił przedstawić sposób zachowania tych ludzi. Jest on wnikliwym obserwatorem.
W moim przekonaniu “Margot” wygląda jak szkic, może ciekawy w formie, nieco figlarny, ale jednak szkic. Sam Witkowski stwierdził, że jego nowa powieść nie należy do literatury wysokiej. I dobrze, że chociaż w tym przypadku autor jest uczciwy wobec swojego czytelnika, że nie próbuje mu wcisnąć kitu o tym, że jego powieść to szczyt literackiego piękna, a czytelnik to idiota, który na niczym się nie zna, a już na pewno na tym, czym literatura wysoka jest. “Margot” jest czymś w rodzaju czytadła, które zabiera się do pociągu i czyta, żeby podróż minęła szybko i przyjemnie, żeby czas przeciekł przez palce. Czasami dobrze takie coś sobie poczytać.

0 komentarze:
Prześlij komentarz