Można się zżymać, że po raz kolejny próbuje nam się sprzedać to samo w wersji odświeżonej. Że “Lubiewo” będzie jak wędliny “Constaru”. Że co jakiś czas będzie wychodziła kolejna wersja, a Witkowski za pomocą opcji “kopiuj-wklej” czy poprzez opisanie lub uzupełnienie niektórych epizodów będzie odcinał kupony od sławy i zarabiał kolejną kasę na tym samym towarze. Ale to cholerstwo jest nadzwyczaj dobre, kapitalnie się czyta, a w niektórych momentach naprawdę można zrywać boki ze śmiechu.
“Lubiewo bez cenzury” to absolutna jazda bez trzymanki. Tu nie ma miejsca na grzeczności, na “ą – ę”, na chodzenie wokół tematu jak kot koło gorącego żarcia. Tutaj wali się prosto z mostu, jeszcze bardziej niż w poprzedniej wersji. Z postaci wychodzi praktycznie wszystko. Z jednej strony Autor nie ma dla nich żadnej litości (odkrywa wszelkie możliwe przywary swoich bohaterów), ale z drugiej – zdobywa się na jakiś stopień ich zrozumienia. W sumie z tego wszystkiego jest to opowieść tragikomiczna. To historia ludzi na dnie. I którym to osobom ten stan absolutnie nie przeszkadza. Pokochali go. Niepotrzebne im żadne ambicje, żadne wspinanie się po szczeblach kariery (jakiej kariery? Chyba tylko ciotowskiej, ale oni są na jej samym szczycie, jeśli tu w ogóle można mówić o jakimkolwiek szczycie). I w tym momencie następuje taka mała konstatacja (chwila gorzkiej szczerości): jestem bardzo do nich podobny, w sumie chyba nawet taki sam. W jakimś sensie nie mam odwagi być innym człowiekiem. Jestem na to zbyt leniwy. To stwierdzenie było konieczne, bo wiem, że ktoś by o tym mi wspomniał.
Czy polecam lekturę odświeżonej książki Witkowskiego? Jeżeli jesteś osobą, którą brzydzą dosadne sformułowania czy określenia lub też jeśli nie lubisz ego typu tematyki, to nie polecam. Jeżeli twierdzisz, że nie ma co czytać prawie tej samej książki po raz kolejny, to też nie polecam. Reszcie gorąco polecam.
No i czas na kolejnego ładnego pana.
